Czy możliwe jest porozumienie między historykami uniwersyteckimi oraz IPN-wskimi? Czy i jakich zmian wymaga IPN? Jakie są największe problemy stojące przed badaczami historii najnowszej? Historyk historiografii prof. Rafał Stobiecki podsumowuje obrady konferencji „Bez taryfy ulgowej. Dorobek naukowy i edukacyjny Instytutu Pamięci Narodowej 2000–2010”.

Prof. dr hab. Rafał Stobiecki, kierownik Katedry Historii Historiografii UŁ. Autor książek „Historia pod nadzorem. Spory o nowy model historii w Polsce (druga połowa lat czterdziestych – początek lat pięćdziesiątych)”; „Klio na wygnaniu. Z dziejów polskiej historiografii na uchodźstwie w Wielkiej Brytanii po 1945 r.”; „Historiografia PRL. Ani dobra, ani mądra, ani piękna..., ale skomplikowana. Studia i szkice”.

 

Kamil Śmiechowski: Nie ulega wątpliwości, że IPN odcisnął silne piętno na polskim dyskursie publicznym w ostatnim dziesięcioleciu. Mimo niezaprzeczalnych sukcesów, Instytut był przez ten czas przedmiotem stałej i nierzadko uzasadnionej krytyki. Dlatego też pomysł, by „bez taryfy ulgowej” podsumować jego dokonania wydaje się nader interesujący, lecz zarazem nieco ryzykowny. Jaka idea przewodnia przyświecała organizatorom konferencji?

Prof. dr hab. Rafał Stobiecki: Mówiąc w pewnym uproszczeniu, były trzy powody, dla których zdecydowałem się wystąpić wraz z p. dr Joanną Żelazko, naczelnikiem OBEP łódzkiego IPN-u, w roli współorganizatora. Pierwszym była chęć stworzenia przyjaznego forum dialogu, wymiany myśli, oceny dorobku Instytutu. Odnoszę bowiem wrażenie, że debata wokół IPN-u cierpi w Polsce na chorobę fundamentalizmu. Jej uczestnicy przekonują się wzajemnie o słuszności swoich racji i niewiele z tego wynika. Po drugie sądziliśmy, że w atmosferze życzliwej krytyki, a nie krytykanctwa, co chciałbym z całą mocą podkreślić, warto porozmawiać o dokonaniach Instytutu z perspektywy minionych dziesięciu lat. Sam zaliczam się do grona życzliwych obserwatorów a zarazem krytyków dokonań Instytutu Pamięci Narodowej, przede wszystkim Biura Edukacji Publicznej. Mam tu na myśli publikacje i bardzo rozwiniętą działalność edukacyjną. I wreszcie trzeci powód, który był w jakimś sensie interesowny. Sądzę bowiem, że bliski mi Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Łodzi wyróżniał się i wyróżnia na tle pozostałych, i moją intencją było dać mu szansę na zaprezentowania się na forum szerszym niż np. wewnętrzne konferencje IPN-u, na których zbierają się naczelnicy BEP-ów.

Przemysław Damski: Podczas obrad wyraźny był podział na dwa fronty. Pierwszy to szeroko pojęte grono historyków akademickich, drugi to „historycy IPN-u”. Tymczasem niektórzy uczestnicy dyskusji wskazywali na sztuczność tego podziału. Dostrzegali, iż problemy związane z metodologią, ale też rolą Instytutu, dotyczą w istocie całego środowiska historyków. Czy zatem da się wskazać problemy wspólne dla obu grup badaczy?

Na ten problem zwracało uwagę szereg osób. Tony te pobrzmiewały również w moim wystąpieniu. Podkreślałem, że uwagi na temat poziomu refleksji metodologicznej w badaniach na temat najnowszej historii Polski nie odnoszą się tylko do środowiska badaczy zatrudnionych w IPN-ie, ale dotyczą całego środowiska badaczy historii najnowszej. Jestem także przeciwnikiem etykietowania; używania w dyskursie publicznym frazy „historyk z IPN-u”. Nie jest to bowiem jakiś podgatunek zbioru polskich historyków. Badacze zatrudnieni w IPN-ie mają za sobą studia akademickie. Ich wiedza, instrumentarium naukowe i wybory ideowe są zdeterminowane edukacją, jaką otrzymali.

Natomiast w przypadku problemów wspólnych wyróżniłbym po pierwsze kryzys postaw metodologicznych. To nie jest już tylko wielokrotnie artykułowany problem relacji pomiędzy tymi, którzy zajmują się teorią historii profesjonalnie, a tymi, których można zaliczyć do grona historyków „tradycyjnych”. Podział ten przebiega już w poprzek całego środowiska historycznego. Mamy do czynienia z badaczami, dla których refleksja metodologiczna jest ważna z różnych powodów i takimi, którzy gotowi są ją beztrosko ignorować, tym samym powielać wzory rodem ze świata historiografii 2. połowy XIX wieku. Nie dostrzegają oni, że zmieniła się zarówno praktyka dziejopisarska, jak i otoczenie w którym historyk funkcjonuje.

Drugi problem to próba zmierzenia się z pytaniem, jaka wizja przeszłości Polski i historii Polski na tle dziejów Europy powinna być przekazywana społeczeństwu? Na jakich fundamentach powinna się ona wspierać? W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że istnieje konflikt między środowiskiem historyków zatrudnionych w Instytucie, a społecznością badaczy akademickich. W tej pierwszej grupie dominuje wizja heroiczno-martyrologiczna, w drugiej natomiast spojrzenie krytyczne, upominające się o tematy dotychczas tabuizowane. Dobrym przykładem jest w tym kontekście sprawa Jedwabnego. Choć pamiętajmy, że to właśnie pod szyldem IPN-u ukazało się klasyczne, dwutomowe wydawnictwo dotyczące tego wydarzenia.